Klub Hostów ROX

Ostatni, osiemnasty tom mangi Ouran High School Host Club czytałam w pociągu relacji Katowice-Warszawa. Nieszczęśliwie dostałam miejsce przy oknie, a sześcioosobowy przedział był pełny. Zważywszy na to, że jechałam do tej Warszawy przez Berlin (bo z jakiej innej przyczyny ten pociąg mógłby się wlec te parę kilometrów 5 godzin?), postanowiłam czas podróży spędzić możliwie najmilej. Bez ulubionej mangi mogłoby się to źle skończyć za sprawą przemiłych współpodróżnych.

Pan przede mną zadawał gwałt kilku książkom, jakie ze sobą przyniósł (jakieś poważne publikacje). Z uporem podkreślał w nich tekst trzema kolorami cienkopisu: niebieskim, czerwonym i czarnym. Cienkopisy z częstotliwością pięciu minut spadały mu na podłogę, co owocowało niezdarnymi próbami podniesienia ich (ciężko się schylić, jak ma się 2 metry w pasie, wierzcie mi). A przy okazji, wspominałam już, że całą podróż siedział BEZ BUTÓW? How delightfully…

Pani obok mnie najpierw spożywała pomidory i raczyła widokiem spływającego soku po brodzie, następnie ktoś do niej zadzwonił… i zaczęło się. Z początku milcząca i spokojna kobieta przemieniła się w gadułę. Moje uszka zaczęły więdnąć po około 3 minutach, podróżniczka najwyraźniej czuła się nieskrępowana bliską obecnością 5 osób, jej głos brzmiał donośnie i wyraźnie. Po 20 minutach słuchania o lepikowaniu, bo starsze panie w długich kocowatych kieckach na tym właśnie znają się najlepiej, Pan Cienkopis alias Skarpetka poważnie się wkurzył i okrzyczał kobiecinę. Pomogło, poszła na korytarz męczyć podróżnych, dla których zabrakło miejscówek.

Ouran, różowa okładeczka Ourana, śliczny tomik Ourana – powtarzałam sobie w myślach. Naprawdę mnie korciło, żeby cisnąć piorunem, zwłaszcza, że wchodząc do przedziału musiałam odeprzeć (milcząco) atak osób, które nie przeczytały, co im pisze na bilecie. Nie dość, że zrobiłi zamieszanie i udowodnili mi, że czytanie jednak boli, to postawili swoją brudną walizkę na moim siedzeniu. Pełna kultura, nie ma co…

Ale wiecie co? Mimo tego, że trafiłam na sprzężenie kilku irytujących sytuacji, takich, które w normalnych warunkach powinny mnie co najmniej zdenerwować, tego dnia miałam bardzo pozytywne nastawienie i jak widać nic nie mogło tego popsuć. A wredny chochlik, który w tym pociągu działał, miał naprawdę solidne argumenty! Okazało się jednak, że siła pozytywnej energii jaka emanuje z niepozornego tomiku, który spoczywał wtedy na moich kolanach, potrafi czynić cuda. Bo jak to możliwe, że ironia i zniesmaczenie nie wylały mi się z ust? ^^

Czytałam Ourana powoli, wszak byłam uwięziona w pociągu, cały czas w duchu się śmiałam (choć mogło być też coś widać po mojej twarzy, nad tym jakoś nie panuję, próbowałam tylko nie łzawić z oczu ze śmiechu – co przy tym tytule nad wyraz często mi się zdarza), wiedziałam, że to już koniec, ale nie docierało to do mnie, ten tom nie zapowiadał wcale końca, był taki jak wszystkie, pełen gagów, humoru i pozytywnych wibracji łaskoczących miło całe ciało. Co za manga! Przecież ja już dawno nie jestem dziewczynką, a bardzo mi się podobała! Napiszę Wam dlaczego.

__________

Ouran High School Host Club, wyd. JPF, liczba tomów 18 – recenzja. Jeden tekst o Ouranie już napisałam na łamach tego bloga – LINK. Narysowałam wtedy fanart Belzenefa :) i znałam tylko część perypetii niezwykłych hostów zawartych w zaledwie 5 tomach. To wystarczyło by mnie zauroczyć i zachęcić do dalszej lektury. Obecnie, kiedy przyglądam się fabule mangi, mogę bez problemu rozróżnić dwie fazy. Mniej więcej pierwsza połowa mangi to zbiór luźnych historyjek z życia hostów. Zabawne, błyskotliwe, dłuższe i krótsze wątki, zawsze tak samo interesujące – niezwykłe jest to jak autorce udało się utrzymać równy poziom. Po tej fazie następuje zawiązanie głównego szlaku fabuły. Wciąż mamy do czynienia z zamkniętymi rozdziałami, można jednak wyczuć, że autorka zmierza do czegoś konkretnego. Od tego momentu mangę czyta się trochę inaczej. Dzieje się tak z kilku powodów.Najistotniejsze jest to, że autorka przyzwyczaiła do epizodyczności i traktowania czasu i przestrzeni w sposób dowolny (przeczytacie o tym dokładniej w poprzednim tekście o Ouranie). W drugiej części komiksu niespodziewanie to się zmienia, kiedy rozwijają się wątki związane z prywatnym życiem bohaterów. Czas zaczyna mieć znaczenie, szczególnie wtedy, kiedy chce się pokazać bardziej skomplikowane relacje międzyludzkie, które nie mogą przecież istnieć w próżni, nawiązuje się do przeszłości i buduje się przyszłość bohaterów. Oczywiście wg mnie manga w żaden sposób na tym nie ucierpiała, pozostała tak samo świeża i magnetyczna jak na początku. Ba! Ouran do ostatniej strony jest tym, co czytelnicy najbardziej uwielbiają – wyborną komedią o grupce zwariowanych uczniów liceum.

Wiem, że pewnie kolejne odesłanie Was do poprzedniego tekstu o Ouranie byłoby nadużyciem, więc zanim cokolwiek napiszę o relacjach pomiędzy bohaterami, przekleję tutaj ich charakterystyki:
“Król Tamaki Suou. Jest on pomysłodawcą i założycielem klubu, prawdziwym wirtuozem w swoim fachu, na dźwięk jego komplementów niewinne serca nastolatek drżą jak wiśniowa galaretka, a dusze odpływają w stan absolutnego szczęścia. Chłopak jest prostolinijny i nastawiony do wszystkiego i wszystkich tak pozytywnie, jak tylko się da!
Kyouya Ootori. Ciemnowłosy służbista, vice-boss, trzyma pieczę nad finansami klubu (czyli sprzedaje na aukcjach osobiste przedmioty hostów, pamiętajcie, jak zginie Wam ołówek, szukajcie go na allegro!).
Hikaru i Kaoru Chitachiin. Starszy, Hikaru, to kawał gagatka, a młodszy, jak pisze sama autorka, Bisco Hatori, opiera swoje techniki flirtu na takich filarach: “piękny gej”, “zakazana miłość” (domyślacie się) i tak zwany “cud symetrii” – ponieważ są z bratem niemal identyczni (czeszą grzywki w inną stronę, ale zawsze mogą się tymi stronami zamienić, a wtedy…).
I jeszcze dwóch trzecioklasistów: Takashi Morinozuka, w skrócie Sempaj Mori, tajemniczy, małomówny jegomość o okazałej aparycji (!) oraz Mitsukuni Haninozuka, skrótowo Sempaj Honey, jest mały, słodki i bawi się maskotką króliczka o zaskakującym imieniu – Króliś.”
Jest jeszcze Haruhi Fujioka. Bystra pierwszoklasistka, stypendystka. Pochodzi ze zwykłej rodziny (czyt. jada tanie sushi z marketu, pije kawę rozpuszczalną), jej priorytetem jest nauka i budowanie przyszłości. Pragnie zostać prawnikiem jak jej zmarła matka.

Młodzi, niepokorni i rozbrajająco uroczy – oto Klub Hostów z Liceum Ouran. Zawsze zwarty i gotowy by zorganizować bajeczne przyjęcie, ruszyć do rywalizacji z innymi szkolnymi klubami lub udowodnić niedowiarkom ile warta jest szkolna przyjaźń! Tak, pod grubą warstwą dowcipów sytuacyjnych można w tej mandze odnaleźć opowieść o przyjaźni, o wielu jej twarzach. Wierzcie mi, bez banału! Relacje pomiędzy bohaterami są czasem słodkie jak cukier dodany do miodu, ale także iskrzą i potrafią być zadziwiająco prawdziwie ukazane. Pamiętajmy, że mamy w mandze do czynienia z licealistami, nie patrzmy na to jak amerykańskie seriale pokazują siedemnastolatków. Ouran jest pod tym względem autentyczny, nawet jeśli starsi czytelnicy pokręcą na to nosem, Bisco Hatori wykazała się rozumieniem dojrzewającej młodzieży. Miło patrzeć jak bohaterowie gubią się w uczuciach lub zachowują się dziecinnie/nieodpowiednio w nowych dla nich sytuacjach. Poza czasem pojawiającymi się większymi zawirowaniami w sercach klubowiczów, zwyczajowymi uczuciami jakie do siebie żywią jest sympatia, współczucie, chęć pomocy, bycia razem i dzielenie radości między sobą. Niesamowite jak pozytywna jest ta manga, a przy tym zachowuje formę błyskotliwej komedii bez cienia truizmu. To pierwsza manga jaką czytałam, w której tak bardzo istotną rolę odgrywają bohaterowie, to co się dzieje jest tu sprawą drugoplanową. Czytając można podziwiać oryginalne osobowości i relacje hostów!

Czym byłaby komedia bez gagów? W tej mandze jest ich wiele, są wybornie doprawione, to prawdziwe smaczki – dzięki nim odkryłam komiksową satyrę na nowo. Pod tym względem humor w Ouranie jest podobny do tego z Big Bang Theory. To manga inteligentna, ale nie przeintelektualizowana, dowcipy nie służą temu, by czytelnika skompromitować (niezrozumieniem), to nie taki typ mangi, tutaj nie zastawia się na czytelnika pułapek :). Chyba, że tą pułapką byłaby miłość. W Ouranie można się zakochać, to fakt.

A skoro już o tak głębokich uczuciach mowa. W mandze od pewnego momentu rozwijają się (albo i nie, czasem romans zamyka się z jednym rozdziale, to w przypadku postaci drugo- lub trzecioplanowych) wątki miłosne. Wszystko dzieje się BEZ dramy, wielkich wyznań w strugach deszczu, łez i kupidynków/błyskawic/serduszek/bąbelków/chmurek/pierza/kwiatów (niepotrzebne skreślić) w tle. Muszę to napisać, miłość jest tu drugoplanowa (ale fani romansów, nie bądźcie zawiedzeni!), co czyni z tej mangi dla dziewcząt (w końcu to shoujo) pozycję, którą także chłopcy mogą się zainteresować, ogólnie wiadomo przecież, że nie przepadają oni za typowymi love story. Trzeba tylko lubić się śmiać i pogodzić z bardzo subtelną kreską Bisco Hatori. Panowie – zachęcam…

Sceną, na której wystawiona została ta komedia, jest szkoła. Naturalne środowisko uczniów wszelkiej maści. Tu rozgrywa się większość perypetii mangi. Szkoła dla fabuły jest bardzo istotna, ona jako budynek i jako nauka w niej. Autorka pokazuje całe bogactwo szkolnych społeczności. Często zaglądamy co dzieje się w innych klubach, klasach lub nawet na innych szczeblach edukacji (pojawiają się na przykład gimnazjaliści). Jeśli zaś chodzi o ciało pedagogiczne, jakoś manga niewiele poświęca nauczycielom uwagi (i dobrze).

Jak już napisałam powyżej. Ouran to nie szkolny romans (nie przede wszystkim). To dość długa komedia (w końcu 18 tomów po brzegi wypełnionych tekstem, tłumacz coś o tym wie, na pewno to właśnie było przyczyną zdarzających się opóźnień premier kolejnych tomów), od deski do deski zabawna. Przez ponad 80 rozdziałów można się zżyć z bohaterami i po zakończeniu lektury zatęsknić, ze mną tak było! Zupełnie nie przejmowałam się sięgając po pierwsze tomy, że jest to manga o takiej a nie innej tematyce, kojarzącej się z dziecinadą i banałem – tak niestety pewnie większość dorosłych myśli o szkolnych komediach, myślę, że przez to manga jest w Polsce trochę niedoceniana.

Dla kogo Ouran? Płeć znaczenia nie ma, wiek w gruncie rzeczy też nie. Choć przyznam, że jest to bardziej kobieca manga, ale trochę inna niż można by się spodziewać (wiele osób może zaskoczyć postawa Haruhi pod koniec ^^). Na pewno fani epickich shounennów nie znajdą tu niczego dla siebie. Ouran to manga bez zapierającego dech w piersiach rozmachu, opowiada o małej społeczności, ale za to z szerokimi horyzontami. Czytanie daje przyjemność, satysfakcję. Ouran zainteresował mnie od pierwszych rozdziałów, jest to nie taka zwykła pożywka intelektualna, mimo lekkiej formy.

Polecam.

Advertisements